Samotnik rozdział 12: Negocjacje są przerwane…

Tym razem to ja siedziałem w sobie tylko znanym miejscu mniej więcej w połowie drogi między elektrociepłownią a dawną handlową galerią. Kilka minut temu wystrzeliłem w powietrze racę i czekałem. Za każdym razem – a więc mniej więcej raz na tydzień – wybierałem inne miejsce. Tym razem wybrałem niewielki kiosk, a w zasadzie jego ruiny. Siedziałem na ziemi, ukryty za stertą śmieci, maksymalnie skupiony. Słońce zachodziło, więc panował półmrok. Dla mnie były to warunki najlepsze, do takich przywykłem. Nie mogłem jednak powstrzymać się przed zerkaniem co jakiś czas na pobliską kamienicę. Kiedyś musiała wyglądać naprawdę złowieszczo, teraz tylko była cieniem samej siebie – a jednak resztki pokrywającego całą ścianę murala przedstawiającą ogromną sowę robiły wrażenie. Miałem wrażenie że jej wyblakłe oczy cały czas mnie śledzą. W końcu usłyszałem coś i jeszcze bardziej się spiąłem. Gdzieś z daleka doszły do mnie spokojne kroki. Cóż, taka była zasada – ten, kto przychodził jako drugi, przychodził tak, by dało się go usłyszeć. Dlatego ustaliliśmy z Bolesławem, że tylko my spotykamy się ze sobą. Między nami tliła się nić zaufania. Przynajmniej to zostało z odległych, normalnych czasów. Usłyszałem nierówne kroki i kilka głosów, domyśliłem się, że mężczyzn jest trzech. To nieco mnie zaniepokoiło; zwykle na miejsce przybywał Bogusław i ktoś z jego bazy. Cóż… Trzeba będzie uważać. W razie czego, ja sobie poradzę bez nich, mam swoje źródła. Ostrożnie, by nie narobić hałasu, zdjąłem plecak z ramion i zacisnąłem tylko dłonie na moim FN-ie. Nagle rozległ się spokojny, cichy gwizd, tak, jakby ktoś gwizdnął na psa. Po chwili drugi i trzeci. Delikatnie i powoli, z bronią gotową do strzału, wysunąłem czubek głowy zza wątpliwej osłony. Bogusław i dwóch innych mężczyzn, stało kilkanaście metrów ode mnie, z karabinami w dłoniach, jednak nonszalancko opuszczonych. Cóż, wiedzieli, a przynajmniej się domyślili, że być może ich obserwuję; chcieli pokazać gotowość do negocjacji. Gwizdnąłem cicho dwa razy, a gdy spokojnie odwrócili się w moją stronę, powoli wysunąłem się zza osłony. Miałem na sobie FOO-1, więc nie od razu mnie poznali, ich karabiny podniosły się w górę. Dopiero gdy Bolesław ujrzał mój charakterystyczny karabinek, opuścił broń pierwszy. Miał na sobie ten sam strój co ostatnio, z policyjną maską gazową. Zmierzyłem wzrokiem jego towarzyszy. Pierwszy z nich, po lewej, był raczej krępej budowy. Wyglądał mi na żołnierza, albo kogoś w tym stylu – szeroka, gumowana kurtka przeciwdeszczowa nie maskowała jego muskulatury. Miał na sobie standardową maskę gazową dla cywili, z bocznym filtrem. Na oczach miał narciarskie, uszczelnione gogle a na głowie stary, wojskowy hełm. Wyglądał dość kuriozalnie, gdy dołączyć do tego ortalionowe, czarne spodnie z białym paskiem i adidasy. Drugi z mężczyzn wyglądał zdecydowanie skromniej, ale jego ubranie było bardziej jednolite; miał na nogach ochronne, bezpieczne kozaki, w których znikały również robocze bojówki z bocznymi kieszeniami a softshelowa kurtka upodobniały go do żołnierza, zwłaszcza, że miał militarną gazową maskę. Obaj mężczyźni mieli niewielkie plecaki, a poza karabinami dostrzegłem również kabury z pistoletami oraz wojskowe noże. Bardzo mi się to nie podobało.
- Chryste, Duch – powiedział. – Ale nas zaskoczyłeś! Myślałem, że wyjdziesz skądś tam – powiedział, wskazując na ruiny supermarketu po drugiej stronie ulicy. Zerknąłem w tamtym kierunku i wzruszyłem ramionami. Cóż, być może kiedyś wykorzystam ten pomysł. Popatrzyłem na trójkę stojących przede mną mężczyzn. Bolesława znałem bardzo dobrze, jednak dwaj pozostali byli nowi. Nie znałem ich.
- Zaskoczenie pozwala przeżyć – powiedziałem przez maskę. – Jesteście we trzech? – dodałem podejrzliwie. Bolesław skinął głową.
- Tak, niestety – odparł mój znajomy. – Na trasie robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Wszędzie teraz chodzimy we trzech, co najmniej. Dwóch naszych ludzi ostatnio zjadły dzikie psy. Duch, dołącz do nas – powiedział. Doskonale wiedział, że odmówię, ale pewnie musiał to powiedzieć, na potrzeby dwójki towarzyszy. Pokręciłem więc głową i postanowiłem, że pociągnę jego teatrzyk.
- Nie, Bolesław – powiedziałem poważnie. – Wiesz, że jestem wolnym strzelcem.
- Z nami byłbyś bezpieczny, Duch – odezwał się nagle jeden z mężczyzn, ten w narciarskich goglach. W jego tonie usłyszałem coś, co sprawiło, że postanowiłem specjalnie na niego uważać. Pokręciłem głową.
- Tutaj jestem bezpieczny – powiedziałem cicho. – Mam tutaj anioła stróża – dodałem i jakby na potwierdzenie moich słów gdzieś z wysoka rozległ się głośny i ponury skrzek. Dwaj mężczyźni oraz Bolesław drgnęli gwałtownie, odwracając się jak na rozkaz w kierunku wieży Katedry Świętego Mikołaja. Tylko ja nie zareagowałem, znałem ten głos. To gargulec, samica, z którą kiedyś zawarłem niepiśmienną umowę o wzajemnej nieagresji, a która wróciła do gniazda z nocnych łowów i pewnie któryś z jej maluchów za szybko rzucił się do jedzenia. Popatrzyłem za to na stojących przede mną mężczyzn. Doskonale widziałem ich plecy. Nawet Bolesław się odwrócił i gapił w niebo. Oczywiście, nie dostrzegli nic.
- Już? – zapytałem zza ich pleców. – Ze mną jesteście bezpieczni. To tylko mój anioł stróż – dodałem. Znałem głosy gargulców. Potrafiłem rozpoznać, czy są głodne, czy atakują, czy przynoszą jedzenie. Nauczyłem się. Dzięki temu przetrwałem. – Co przynieśliście? – zapytałem.
- Jak zawsze, standardowy zestaw. Baterie, akumulatory, zioła, jak zawsze. Co masz na wymianę? – zapytał Bolesław.
- Magazynki, naboje, opatrunki i paczki MRE – odpowiedziałem równie zdawkowo. Nie podobało mi się to zupełnie.
- No dobrze. Więc miejmy to za sobą – powiedziałem i ruszyłem w stronę sterty śmieci. Wciąż jeszcze kulałem, chociaż niemal jeszcze świeża rana goiła się doskonale. Dominika naprawdę bardzo dobrze zszyła mi nogę. Mimo to wciąż było widać, że utykam. Gdy podszedłem do sterty śmieci, wciąż byłem skierowany twarzą do mężczyzn. Sięgnąłem za nią i wyciągnąłem plecak, po czym wróciłem do trójki czekających na mnie mężczyzn. Bolesław popatrzył na moją nogę, a potem w moje oczy, przez wizjer maski, ale nie odezwał się.
- Masz coś z nogą? – odezwał się za to ten w bojówkach. Położyłem plecak przed nimi.
- Nic wielkiego – burknąłem pod nosem. – Szarak się napatoczył.
- Szarak? – prychnął drugi mężczyzna. – Napatoczył się? – dodał. – Nie widziałem jeszcze stada mniejszego niż tuzin.
- Cóż, miał pecha – powiedziałem ze złością. Czułem, że noga bolała mnie coraz bardziej. Powinienem ją jednak oszczędzać.
- No dobra, dość gadania – powiedział Bolesław i rozejrzał się. – Można tu gdzieś usiąść – zapytał. – I pogadać? – dodał. Popatrzyłem sugerująco na kiosk, przy którym się schowałem.
- Z całą pewnością Stefan nas ugości – powiedziałem i podniosłem plecak, po czym podszedłem do kiosku. Kulałem coraz bardziej i wszyscy musieli widzieć to doskonale. Lufą pistoletu pchnąłem drzwi i te otworzyły się z ponurym skrzypnięciem. Wewnątrz było pusto, pomieszczenie zostało całkowicie rozszabrowane, zostały tylko dwie stare beczki, na których można by przysiąść i trzecia, ustawiona między nimi w charakterze stołu. W rogu pomieszczenia czekał na nas Stefan – stary, kilkuletni szkielet starszego mężczyzny w resztkach ubrań. Zabawne, że pomiędzy palcami jego dłoni wciąż tkwił pistolet, z zablokowanym, odrzuconym zamkiem, a w lewej skroni była dziura po kuli. Cóż, wielu było takich, którzy po prostu nie wytrzymali. Bolesław popatrzył się po pomieszczeniu.
- Idealne miejsce, żeby dać się zabić – powiedział spokojnie i popatrzył na dwóch mężczyzn, jacy przybyli wraz z nim. – Zostajecie na zewnątrz, na czatach, my pogadamy – dodał. Obaj skinęli głowami, a ja nie miałem nic przeciwko takiemu rozwiązaniu. Z ulgą usiadłem na beczce i wyprostowałem ranną nogę. – Co się podziało? – zapytał, ale tylko machnąłem ręką.
- Miałem pecha – powiedziałem. Skinął głową. Bolesław popatrzył za siebie, na dwóch swoich towarzyszy i pochylił się w moją stronę.
- Te drzwi to jedyne wyjście? – zapytał, zerknając za siebie. Pokręciłem głową. Z tyłu, za kolejnymi stertami śmieci było zamaskowane drugie, niewielkie wyjście. Będę musiał zostawić plecak, ale to nie będzie problemem.
- Więc spierdalaj. I to w podskokach. Negocjacje są przerwane – powiedział twardo.
- O czym ty mówisz? – zapytał.
- Dziewczyny były moje. Nie w sensie, że należały do mnie. Maciek, kurwa – wyszeptał, po raz pierwszy od dawna używając mojego imienia. – To moje córki. Pomogłem im uciec. A teraz nie żyją… Ale nie mogłem pozwolić im zostać… Teresa… Ta młodsza… Lada dzień miała skończyć…
- Wiem – przerwałem mu.
- Co?! – zapytał, gwałtownie unosząc głowę, a w jego wzroku dostrzegłem autentyczną nadzieję. Chwyciłem nieco pewniej broń, tak na wszelki wypadek.
- Obie są u mnie. Dominika pozszywała mi nogę, gdy prawie dopadły mnie szaraki – powiedziałem. Bolesław odetchnął z wielką ulgą.
- Więc tym bardziej spierdalaj. Nie mogły trafić lepiej, z tobą przeżyją. Oni są tu po to, żeby cię załatwić, a potem zagarnąć twoje zasoby. I to jest pierwsza dwójka. Gdzieś w okolicy jest jeszcze co najmniej kilku. Nie wiem dokładnie Tylko musisz zrobić mi alibi. Będziesz delikatny? – Skinąłem głową. Wiedziałem, o co mu chodzi. I wiedziałem, jak to zrobić. Jednym ruchem uniosłem broń i uderzyłem go kolbą w skroń. Trafiłem idealnie, wiedziałem, że nie będzie za bardzo boleć, ale będzie mocno krwawiło – idealnie rozcięty łuk brwiowy. Bolesław w dodatku upadł specjalnie tak, by sobą zablokować otwierane do środka drzwi. A ja ruszyłem szybko do ukrytego wyjścia. To nie był żaden tunel, tylko po prostu wyjście z drugiej strony. Miałem bardzo mało czasu. Na szczęście noga nieco odpoczęła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>