Samotnik rozdział 2: Potwory i ja

02-samotnik-potwory-i-ja

Minęły już trzy lata od Katastrofy a jestem Samotnikiem, mieszkającym w dawnym budynku elektrociepłowni w moim mieście. Poznałem każdy jego zakątek, każde jego miejsce, od samego dołu, po dach. I korzystam z tego, że do siedziby Batalionu Powietrznodesantowego mam jakieś piętnaście minut ostrożnego spaceru. Ojciec kilka razy mnie tam zabrał. Kilka razy, już po Katastrofie, wybrałem się tam sam. Dzięki temu, mogłem założyć na sobie pełen zestaw FOO-1 w miejskich, maskujących kolorach. Zwykle nie był potrzebny, ale gdy na niebie kotłowały się szare, ponure chmury, musiałem się zabezpieczyć. Pod strój, na plecy wsunąłem niewielkiego camelbacka, przy kolejnym kroku poczułem jego rurkę na szyi. Na strój z kolei wciągnąłem kamizelkę taktyczną z ładownicami do trzymanego w dłoniach FN P90. Nie miałem kamizelki kuloodpornej, nie walczę z ludźmi… zazwyczaj. Licznik geigera zatrzeszczał cichutko, ale niespecjalnie groźnie. Zamarłem na moment, zerkając na niego, ale poziom skażenia był niziutki. Na dobrą sprawę mógłbym nawet zdjąć maskę, organizm poradziłby sobie z dzisiejszą dawką. Widocznie pogoda na zewnątrz mi sprzyjała, mimo straszących kwaśnym deszczem chmur. Dzisiaj, poza standardowym spacerem, musiałem sprawdzić dodatkowo kilka miejsc. Znałem od dawna każdy dźwięk mojego budynku i jestem pewny, że słyszałem dzisiaj coś więcej, niż zwykle. Powoli szedłem wzdłuż ściany, omiatając lufą automatu cały teren przede mną. Na wizjerze maski zaczęła osadzać się już para, przypominając o potrzebie wymiany pochłaniaczy. Ale wiem, że w magazynach batalionu jest tego naprawdę mnóstwo. To znaczy, było, teraz jest w tylko mi znanych kryjówkach. Ściągnąłem maskę z twarzy na szyję, tutaj, w hali, jej nie potrzebowałem. Nagle gdzieś z boku usłyszałem trzask, jakby ktoś coś potrącił i coś spadło na ziemię. Nawet nie pomyślałem o tym, by się odwrócić w tamtą stronę, moje ciało zrobiło to za mnie. Moje odruchy w ciągu tych kilku lat stały się szybkie niczym odruchy pierwotnego myśliwego. Nie zobaczyłem na razie nic, ale na pewno słyszałem. Zmrużyłem gniewnie oczy, wiedziałem, że gdzieś tam, za zalegającym złomem, za resztą instalacji elektrowni coś było. Coś, lub ktoś. Usłyszałem delikatne… coś. Cholerne FOO-1! Zaryzykowałem, docisnąłem prawą ręką broń do ramienia i lewą zerwałem kaptur z głowy, by zaraz z powrotem chwycić pistolet dwoma rękami. Teraz słyszałem o wiele lepiej. Słyszałem delikatne węszenie, drapanie pazurów. A więc to nie był człowiek. No tak, nie wspomniałem jeszcze o potworach. Na początku były „tylko” psy. „Tylko”, bo zdziczały, przerażony i wściekły z głodu jamnik stawał się bestią, która rzucała się na wszystko, co żyje. Bez najmniejszego problemu mógł poharatać łydkę, pozbawiając ją połowy mięśnia. Jamnik! A co dopiero większy pies. Tak, psy były wielkim problemem. Na początku, gdy żyłem jeszcze w grupie ludzi, organizowaliśmy polowania na te dzikie kundle. Raz, dla naszego bezpieczeństwa, dla… cóż, my też musieliśmy coś jeść. Tylko że rok atomowej zimy, połączonej z ogromną radiacją to aż nadto. Po psach pojawiły się inne… zwierzęta. Mutacja zrobiła swoje. Przybyły z zachodu, za uciekającymi ludźmi i zaczęły polować. Przede wszystkim dzikie psy… chociaż nie wiem, czy naprawdę mają cokolwiek wspólnego z psami. Są o wiele większe, wzrostem nierzadko przewyższające dawne kuce. Oczywiście, dzikie psy nie potrafiłyby przetrwać bez innego posiłku, niż od czasu do czasu upolowany człowiek, który w dodatku bardzo często umiał się boleśnie odgryźć nożem lub ołowiem. Wraz z psami pojawiły się szaraki. Szaraki to zwierzęta, które w jakimś stopniu wyewoluowały chyba ze szczurów. Przynajmniej tak wyglądały. Już za naszych czasów doskonale nawykły do życia w mieście. I do… polowania. Tak właśnie – do polowania. Nie wiem, czy był to efekt poatomowej zimy, czy ewolucji, czy braku pożywienia, a może powszechnego dostępu do łatwego do zdobycia pokarmu w postaci ludzkiej padliny, ale szczury, jakie pojawiły się w mieście, stały się wyłącznie mięsożerne. Kilka razy miałem okazję zobaczyć, jak stadko kilku, kilkunastu sztuk otoczyło dzikiego psa i nie bacząc na jego ostre zęby zagryzło. Szczury! Zwykłe, cholerne szczury! Chociaż muszę przyznać, że obecne szczury zdecydowanie też zwiększyły swoje rozmiary – przeważnie były wielkości dawnych kotów, których z kolei nie było widać w zasadzie w ogóle. No i gargulce… Tak, gargulce chyba były najgorsze. Niby-ptaki o szarych, prostych pióro-łuskach, mające zwykle przynajmniej cztery, pięć metrów rozpiętości skrzydeł. Drapieżne ptaki. A dlaczego akurat „gargulce”? Nie wiem, czy w ogóle ktoś je nazwał. Ale kiedyś obserwowałem jednego z nich przez ponad godzinę. Siedział na gzymsie jakiegoś budynku, całkowicie nieruchomy, a jego pióro-łuski przybrały kolor ścian. Wyglądał jak rzeźba, właśnie tak, jak postać gargulca na starych budynkach. Naprawdę paskudne, złe stworzenia, w dodatku potwornie inteligentne. Tym razem jednak na moje terytorium zdecydowanie wdarł się dziki pies. Albo pieseł, jak czasami go nazywam. Ach, tam jest! Coś przemknęło szybko po prawej stronie, na samej krawędzi mojego pola widzenia. Coś znów zwróciło moją uwagę i wreszcie powoli, skradając się niczym pająk, wyszedłem zza osłony. Wreszcie się pojawił i na moment poczułem dreszcz. Skląłem się w myślach, dałem mu podejść o wiele za blisko. Poprowadził mnie dokładnie tak, jak chciał. Po prostu na mnie czekał! Rosły, potężny dziki pies, mający chyba z półtora metra wysokości potwór stanął zaledwie pięć, może sześć metrów ode mnie. Ponad siedemdziesiąt kilogramów mięśni i instynkt zabójcy. Widziałem, że był gotowy do ataku; tylne, potężne łapy miał ugięte, gotowe wypchnąć go w błyskawicznym skoku, przednie rozłożone szeroko i długi, pełny ostrych jak brzytwa, zębów pysk, z którego kapała ślina. Pół roku temu taki pies zaatakował mnie z zaskoczenia i zdążył tymi zębami złamać ostrze mojego bojowego noża. Tym razem miałem więcej szczęścia, gdyby nie automat przystawiony do ramienia, nie byłoby dla mnie ratunku, nie zdążyłbym niczego zrobić. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, po czym szybkim, zdecydowanym ruchem zerwałem spust. O ułamek za późno; pocisk, wymierzony prosto w głowę potwora, wszedł tuż za nią, w plecy. Przeszedł przez niego na wylot, a pies niemal nie zwolnił, biegnąc z ujadaniem. Jednak trzy lata to bardzo dużo czasu na naukę przeżycia. Moje ciało samo wiedziało co robić, wiedziało, że nieskoordynowane drgnięcie nawet jednego pojedynczego mięśnia można skończyć się tragicznie. Same ręce, niemal bez mojego udziału, zrobiły idealną poprawkę i wielki budynek znów wypełnił huk wystrzału. Tym razem pocisk trafił idealnie, prosto w prawe oko, rozerwał się wewnątrz podłużnej czaszki i swoją energią sprawił, że pies dosłownie fiknął kozła w tył, lądując na plecach. Co nieprawdopodobne, jeszcze przez kilka chwil drgał w konwulsjach, a ja podszedłem do niego dopiero kilka chwil po tym, jak znieruchomiał całkowicie. Był zdecydowanie martwy, ogromna dziura z tyłu głowy, z wyrzuconą na zewnątrz czerwono-szarą breją jednoznacznie o tym świadczyła. Dobrze, ale jeżeli był jeden, mogło być ich więcej. W moim świecie były tylko potwory i ja. Ruszyłem dobrze znanymi ścieżkami na kontrolę reszty hali. Znów musiałem sprawdzić wszystkie wejścia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>