Samotnik rozdział 3: Moje miasto ze szczytu nieba

03-samotnik-moje-miasto-ze-szczytu-nieba

Dziki pies, jakiego musiałem pozbyć się kilka dni temu, nie dawał mi spokoju. Dlatego zdecydowałem, że zrobię mały rekonesans okolic. Skąd najlepiej? Z dużej wysokości. Opuściłem moją kryjówkę, mając na sobie niewielki plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami, znienawidzonym FOO-1 na sobie i bronią: nieodłącznym FN P90 oraz Glockiem 17-tką przy pasie. Dodatkowo miałem też dwa noże, jeden na lewym przedramieniu, drugi na udzie. No i pokrowiec z wyborowym karabinem. Powinno wystarczyć. Ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi do dobrze zamaskowanego, starego Rosomaka, po czym ruszyłem korytarzem, z karabinem przy ramieniu. Dzisiaj na niebie były szaro-bure chmury, zdawałem sobie sprawę, że jeżeli spadnie deszcz, ochronny strój zapewne będzie do wyrzucenia. Ruszyłem szybko korytarzem, w stronę jednych z wielu wyjść, którymi mogłem opuścić halę. Oczywiście, nie obyło się bez stałej procedury – około godziny zajęło mi obejście wszystkich zaspawanych drzwi i okien zasłoniętych płatami blachy. To była stały zestaw czynności. Nie mogłem sobie odpuścić ani dnia, bo zawsze mogło się okazać, że akurat właśnie tego dnia coś mogłoby wejść na mój teren. Szybko wydostałem się na zewnątrz hali elektrowni, po czym ruszyłem sobie tylko znanymi ścieżkami w stronę starej chłodni kominowej. Nawet nie spojrzałem na oryginalne sposoby wejścia na szczyt. Były na tyle stare, że im nie ufałem, a poza tym jeszcze umyślnie je nadwątliłem, na wypadek, gdyby ktoś chciał popatrzeć na miasto z mojego gniazda. Miałem naprawdę dużo czasu, by wszystko sobie tu zorganizować. Poszedłem na bok, wzdłuż ściany chłodni i wszedłem do jej środka. Popatrzyłem w górę, na okrągły pierścień nieba, po czym szybko odnalazłem wzrokiem linę, zwisającą z samej góry. Podeszłem do niej, po czym zatrzymałem się i sprawdziłem, czy wszystko było w porządku. Cóż, tak wyglądało, pytanie, czy było tak na pewno? Przekonamy się. Ostrożnie i powoli zdjąłem linę z haka i chwyciłem mocno, czując, jak ciągnie mnie ku górze. Wsunąłem w pętlę czubek gumowego buta, chwyciłem mocno jedną dłonią linę i drugą nogą lekko wybiłem się w powietrze. Żołądek podszedł mi pod samo gardło, gdy lina pociągnęła mnie w górę z prędkością przebijającą niejedną windę. Gdzieś w połowie drogi wyminąłem się z dużym workiem pełnym piasku, który był moją przeciwwagą, po czym znalazłem się na samym szczycie.

Zgrabnie przeskoczyłem na podest, zdjąłem plecak i szybko zlustrowałem niebo; było na szczęście już błękitne. Na jego tle o wiele lepiej widać było gargulce. Teraz było jednak czysto. Ułożyłem plecak przy barierce i odpiąłem z niego wąski, długi pokrowiec. To była moja druga, ulubiona „zabawka”, jaką znalazłem w magazynach batalionu. Karabin SR-25, z magazynkiem na 20 nabojów 7,62 x 51 mm NATO. Nie miał może nie wiadomo jak ogromnego zasięgu – maksymalny ograniczony był ledwie do kilometra, zaś skuteczny do sześciuset metrów, ale w mieście zupełnie wystarczał. Szybko oparłem gotowy do strzału karabin o plecak i do wizjera maski przyłożyłem lornetki. Nigdzie jednak nie było widać żywej duży. Byłem sam. Przez dłuższą chwilę krążyłem po szczycie chłodni, obserwując moje miasto ze szczytu nieba w różnych kierunkach, jego ulice, po których kiedyś jeździłem z ojcem, po których kiedyś kursowały autobusy, w którym kiedyś żyli ludzie. Teraz nie było nikogo. Jedynie gdzieś daleko, niemal na drugim końcu miasta, dostrzegłem wąską strużkę dymu, powoli pnącą się w górę. Tak, pamiętam, tam był stały obóz. Czasami ze sobą handlowaliśmy. Ale nie lubiłem się do nich zbliżać. Przeniosłem wzrok na stadion, pogrążony w ruinie. Kiedyś tam założono obóz, pokryto go setką chyba małych namiotów. Szybko jednak okazał się śmiertelną pułapką – każdy z kwaśnych, trujących deszczy wypełniał go wodą, śmiertelnie niebezpieczną. Ludzie to miejsce szybko opuścili. A ja przez dłuższą chwilę oglądałem perspektywę całego miasta.

Potem popatrzyłem na wieżę Katedry Świętego Mikołaja. Bez trudu wypatrzyłem na samym szczycie gniazdo. To była matka, opiekowała się dwoma młodymi. Przez chwilę obserwowałem ją, jak je tuli, otacza skrzydłami, karmi czymś, nad czym nie chciałem się nawet zastanawiać. W pewnym momencie zwróciła głowę w moją stronę i nasz wzrok się spotkał. Byłem pewny, że mnie dostrzegła. Patrzyliśmy na siebie. Ale to była moja… towarzyszka? Pół roku temu, gdy dokonywałem takiej samej inspekcji okolic, jak dzisiaj, zobaczyłem na jej gniazdo. Wtedy jeszcze były w nim jaja. Inny gargulec zaczął ją atakować. Niewiele myśląc, przyłożyłem do ramienia snajperkę i wystrzeliłem. Pocisk ledwo doleciał, niemal nie zranił agresora. Ale zwrócił jego uwagę. Ranna matka wróciła do swoich jaj, a atakujący ją gargulec rzucił się w moją stronę. Był piekielnie szybki, odległość pokonał w mniej kilka sekund. Miałem wtedy czas na tylko dwa strzały. Strąciłem go, a potem przez lunetę karabinu spojrzałem na gniazdo. I wtedy po raz pierwszy spojrzałem w oczy tamtemu gargulcowi. Miałem wrażenie, że doskonale mnie zapamiętał. I że zawarł ze mną ciche porozumienie, pakt o wzajemnej nieagresji. Teraz też obserwowałem go tylko przez kilka chwil. Cóż, wokół mnie była kompletna cisza, mogłem wracać do siebie.